Balonowo nad Zdunami
Zaczęło się dziwnie. Zajechałyśmy z Sylwią na Świetlicę, tam Marcin zmęczony, że aż przykro było patrzeć uczył dzieciaki obsługi aparatu. Nie dalej niż pół godziny później uciekliśmy stamtąd prosto do Restauracji Wawrzyniak, gdzie miało odbyć się spotkanie 18 drużyn startujących w zawodach baloniarskich czy coś w ten deseń.
No to pojechaliśmy. Grzało niemiłosiernie. Na miejscu, na parkingu zczailiśmy pomarańczowy padre-mobile i wiedzieliśmy, że będzie ekhem, kolorowo.
Nie przeliczyliśmy się. Chwilę później dopadł nas na czymś tam ogromnym (pewnie parking nr 2, ale wygląda jak pas startowy dla Airbusa 380) i zaczęło się. Od skromnej ironii i delikatnie kąśliwych uwag do czystego sarkazmu. Poezja :} chyba za to lubiłam ten poprzedni rok w kieracie. Ale wracając do balonów. Zaczynało się robić drętwo. Poważne rozmowy poważnych ludzi czyli nie to, co lubimy najbardziej. Po godzinie bezczynnego stania i czekania stwierdziłyśmy z Sylwią "e, spitalamy". I spitoliłyśmy.
Od Wawrzyniaka droga do domu krótka. Spacer zawsze się przyda. Niestety pomyliłam kierunki, którymi powinien iść pieszy na poboczu i przez moment wyglądało to jak gra w żabę (taka prymitywna gra, gdzie przeprowadzało się żaby przez zatłoczone ulice, uch, dzieciństwo:) smsowo pożegnaliśmy się z Marcinem i już byłyśmy na dobrej drodze do domu, kiedy zadzwonił telefon...
Ej, no gdzie wy lecicie? zaraz wszyscy jadą na stadion do Zdun i stamtąd polecą. Zaraz ktoś was weźmie na stopa... no taka ruda, idzie poboczem na Zduny...
No tak, stopa złapałyśmy przed samiutkim znakiem Zduny. Cudnie;D
Ale udało nam się pokierować wycieczką na stadion i wszyscy zadowoleni ruszyliśmy zobaczyć, co też tam się działo. A działy się cuda. Mnóstwo wielkich aut z przyczepami, multum kręcących się wokół ludzi, kosze z wikliny? huk ognia, kilometry sznurków i metry kwadratowe splątanych materiałów, które już po chwili rozrosły się do olbrzymich kształtów.
Trudno to opisać słowami, bo szum dmuchaw i gdzieniegdzie huk wypuszczanego w powietrze ognia był wszechobecny. Z minuty na minutę płachty które do tej pory leżały na ziemi bez życia napełniały się powietrzem, pęczniały, podnosiły się do góry.
I nagle z każdej strony wyrastał wielki olbrzym, stać tam, w epicentrum wydarzeń - bezcenne. Panika w oczach - dokąd uciekać? niesamowite przeżycie!

a ten pan kazał nam podejść do siebie i fotografować, bo drugi raz taka okazja się pewnie nie powtórzy. Raczej miał rację. Niesamowici ludzie. Fanatycy. Od takich możnaby się uczyć miłości do tego, co się robi.
Świetne szelki miał ten pan. To się nazywa kochać to, co się robi.
hop! stawianie na nogi gigantów. W jednym koszu wg. informacji pana ze zdjęć wyżej może zmieścić się od 1 do 3 osób, ale to zależy od wielkości balona. Praktycznie z ziemi, wszystkie były dla nas identycznie ogromne, ale po wzniesieniu się w powietrze dało się zobaczyć różnicę.
a do tego kosza podchodziłyśmy z nadzieją, że nas wezmą na pokład i odlecimy. Nie wyszło:>
Tu dopiero można się nabawić kompleksu niższości. Coś niesamowitego!
No i powstają wreszcie potwory.
Pierwszy, który odleciał. Kiedy startował, ze zgromadzonego na obrzeżach stadionu tłumu wyrwało się ciche "ooo!" niezapomniany widok.
Ha, i Marcin. Mimo zmęczenia odzyskał siły. Jak nie wrzucisz chociaż jednego zdjęcia tam z góry na kolgejtowego bloga, to...
...to będzie nam smutno ;]
Bo z dołu to już wiemy, jak to wszystko wygląda :} a wygląda niesamowicie. Z góry wygląda pewnie jeszcze lepiej.
No i poszybowały nad stadionem, nad orlikiem i w ogóle poszybowały w niebo. Od tego czasu widywano je gdzieś nad Cukrownią, nad czyimś podwórkiem, nad dachem, z balkonu, nad drzewami, nad ratuszem. Zabawne. Gdzie dziś nie wyjdę słyszę o tych balonach. "A ja widziałam takie ogromne balony nad drzewami, na tle nieba, piękne piękne! widziałaś?" pytanie zadawane z taką nutką nadziei, że jednak odpowiedź będzie przecząca - "nie nie widziałam" chciałoby się odpowiedzieć, aby zobaczyć wyraz triumfu na twarzach przechodniów.
A jednak nie mogę tego powiedzieć. Bo dzięki kilku szczęśliwym zbiegom okoliczności byłam naocznym świadkiem tego niecodziennego widowiska. I teraz to ja was zapytam - widzieliście?
jeśli nie, to patrzcie.
i na przyszłość - w niebo też czasem spójrzcie.

This entry was posted on czwartek, 11 czerwca 2009 and is filed under ,,,,. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0. You can leave a response.

2 Responses to “ ”

clavus pisze...

O tego balonowego leszka to nad Krotoszynem widziałam ^^

Ola H. pisze...

O! A na drugim zdjęciu jest mój ukochany Kubuś. Najpiękniejszy, najmądrzejszy i najwspanialszy mężczyzna pod Słońcem.
Pozdrawiam :)