Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inne. Pokaż wszystkie posty

No Comments »

Jenga.
Stoi wieża.
Modyfikujemy.
Robi się mało stabilnie.
Staramy się ratować sytuacje.
Nic z tego. Cała misternie składana konstrukcja runie lada moment.
No i coś tam niby runęło. Niby nic nie runęło. wydarzyło się sporo, choć w sumie niektóre z tych rzeczy mogłyby z powodzeniem się nie wydarzać. Cóż. Było, minęło.

Środek naszego pokoju to idealne miejsce do układania wieży z klocków. To także idealne miejsce do leżenia plackiem na brzuchu i układania się na wszystkie strony świata. Ćwiczenie śmiechu jenga w towarzystwie Jolki, Kaśki, PWSa i PLki to całkiem interesujące przeżycie ;)

1 Comment »

Dzień Dziecka po mojemu.
Dziś przed południem odebrałam paczuszkę, a w niej same cuda!
Swarovski Crystal AB. Aż trudno uwierzyć, że ten maluch ma tylko 10mm.
Jakos nigdy specjalnie nie byłam za Swarowskim i jego kryształami ale fotogeniczność tego modelu mnie po prostu powaliła :}
Świetnie rozprasza światło. Co tu dużo gadać. Przecudny :)
Serduszko (a raczej dwa, drugiego nie widać) w kolorze Bermuda Blue, także 10mm przysposobiony przez Anie na kolczyki :} ktoś chętny? :)
Kwarc dymny 8mm. Fasetowany.
Dwa ametysty. Jeden 10mm, drugi 8mm i fasetowany.
Swarovski Indygo, także 10mm. Fajnie działają ze światłem. Ładnie transparentne kamienie.
Fasetowany kryształ górski, 10mm. Łaaaadny.
I zbliżenie :}


W paczuszce znalazły się jeszcze kamienie słoneczne, labradoryty moje ukochane i angelity. Nie znalazły się tu na zdjęciach, bo nie :> od godziny 8 siedzę nad nimi przewracam w prawo i w lewo i cieszę oczy. Kurcze, takie kilka kamieni a tak cieszą:}
Taki mój mały dzień dziecka. Bez kultowej waty cukrowej i żelkowego obżarstwa, ale za to w przyjemnych okolicznościach.
Wkrótce zostaną przysposobione na kolczyki które tym razem obiecuję tu pokazać.
Joł!

No Comments »

Kamyki!
od lewej ametysty, fluoryty, labradoryty, tygrysie oko, opale, kwarc różowy, awenturyn, koral czerwony, turkus :) aa i jeszcze unakit się zaplątał.
Tygrysie oko z bliska. Niesamowity kamień :}
I jeszcze karneol, bo zapomniałam o nim.
ametysty - przecudne po prostu, fluoryty - szaleństwo, labradoryty - mam ich najmniej ale są najbardziej niesamowite i tygrysie oko - można oglądać godzinami.

Tak, moje nowe małe hobby i uzależnienie. Kamienie. wkrótce przysposobione na kolczyki itd :))

No Comments »

Wiosna! :}
Dzisiejsze świetlicowe. I choć nic szczególnego to tak jakoś odpowiada mojemu nastrojowi z ostatnich dni. Zielono i wesoło.

Długi majowy weekend - Studzionki! :D

No Comments »

Anioły, krotoszyńskie anioły....
Kilka aniołków na tablicy:} od lewej ja, pws i ewela :}
I jeden z dwóch naszych ulubionych aniołków :} Z kijkami do trekkingu i flagą USA p. Waldek :}
i drugi ulubiony aniołek dzisiejszy - pani Lucyna, z królikiem i kijkami także :}
Sylwia chciała coś trzymac w rękach... no to ma butelkę rodem z fabryki ACME.
Ja w wersji hmm, w sukience to mnie tu jeszcze nie było :>
Ewelina w wersji krejzolskiej :>
A tu nikt konkretny :}
pan Sławek
I we dwie na tle naszej szalonej gazetki :> tzn naszym udziałem były tylko i wyłącznie aniołki ;}
No i choinka i gwiazda betlejemska. Do reszty się nie przyznajemy :D

Ufff, dzisiejszy dzień minął bardzo sympatycznie, aniołki ubawiły wszystkich a ich pierwowzory już się palą, żeby w końcu je przygarnąć do siebie. I już niedługo góry. Jupi ;) po drodze tylko święta i takie tam :}

Fajnie jest :}

No Comments »

Alleluja i do przodu!
Kuraki z muzeum.
Bólu zęba ciąg dalszy. Byle do wtorku.

1 Comment »

3 urodziny kavenawe!
Z tej okazji kurczaki urządziły małą imprezkę. Był tort, były kuraki, było kolorowo i wesoło. Ou je! Proszę zwrócić uwagę na wygięte fantazyjnie nogi w trzecim planie. Tak. To Zdzisław zaszalał.
A więc to już trzy lata wspólnej podróży... ach łezka wzruszenia.
Pierwsze skojarzenie jakie miałam z tym zdjęciem, to Kruczek. I dla niego niech będzie to zdjęcie. Za to, że bez przeszkód można z nim rozmawiać o różowych słoniach i w ogóle. Marcin, czy jak byłeś małym Kruczkiem to byłeś tak samo "sfetaśny" jak ten tutaj? :D
Z takiej może niekoniecznie rodzicielskiej, co koleżeńskiej miłości do znanych mi odwiedzaczy kavy_na_ławę to foto oto. Za to, że z przerwami jesteście ze mną już trzy lata. Że milczycie sobie czasem, a czasem coś wam się wymsknie.

Generalnie nie sądziłam, wtedy, 9 marca, kiedy powstało kavenawe, że wytrwamy razem tak długo. Miał to być taki o, blogasek do wrzucenia zdjęć z imprezy. Takie sobie nic. Wyszło takie sobie coś, z czego ogromnie się cieszę, bo nawet jeśli to tylko kilkaset mega (ponad 300) zdjęć i ileś tam set bajtów, to ja mam w tych bajtach pochowaną naprawdę fajną historię. Moją i Waszą. Bo z wieloma z was jest ona silnie związana. Miło tak sobie czasem usiąść i powspominać.
3 lata to szmat czasu.
A te kilka linijek tekstu to zbyt mało, żeby ją podsumować. Zresztą od tego jest archiwum:}

Dziękuję.

1 Comment »

Kawa na ławę Lusesito Porfavor!
"Słońce leniwie chowało się za widnokręgiem. Smutno urządzony pokój tonął w czerwonym świetle. Może to i lepiej. Przynajmniej nie widać porażającego różu krzywych ścian. San Żułan de Piehr wpatrywał się w sufit.- Czemu mnie nie kochają i za co tak męczą? – pomyślał głośno i zachlipał. – Och, moje biedne, skomplikowane życie. Luz Marija dawno wyszła za Don Alehandro. Don Edułardo robi karierę w przemyśle herbacianym, a ja gniję w tych czterech różowych ścianach i białym suficie z grzybem po lewej koło okna. Los się musi odmienić – powiedział bardziej do grzyba niż do siebie, chociaż w tym momencie trudno było zauważyć różnicę...

San Żułan de Piehr niewiele różnił się od innych ludzi. Był od nich nieco wyższy, smaglejszy, z bujną czupryną popielatoszarych włosów. Ciągle w tym samym garniturze od Dolcze&Gibany, butach od Armatniego i krawacie od Vasko da Gamy. Ciągle. Przez cały rok. Niedziele i święta. Deszcz czy upał. To, co różniło go od pozostałych chował głęboko. Nie chciał, by ktokolwiek poznał jego sekret. Ale im dłużej i głębiej go chował, tym bardziej dla wszystkich stawało się jasne. Mrok całkowicie spowił pokój. Zaczynał się czas serferów…


***


- Ach, jak cudnie dziś zachodzi słońce! – westchnęła Luz Pańczita i czule pogładziła po głowie Don S’ardynkosa. Tak. Zdecydowanie uwielbiała te romantyczne zachody słońca na dachu wędzarni jej ojca.
- Słońce, jak słońce. Letko bym se porzucał parówkami z okna! – rzucił beztrosko Don S’ardynkos burząc momentalnie romantyczny nastrój. – Zgódź się! Tylko jedna parówka! Twój Ojciec nawet się nie spostrzeże, że zwędziłem!
- Nie! – warknęła gniewnie Luz Pańczita i zaczęła zbierać się do wyjścia awaryjnego.
- W takim razie sam się rzucę!
- Ja nie mam zamiaru rzucać się z Tobą. – stwierdziła oschle Pańczita i szarpnęła klamkę od wyjścia. – Zamknięte! S’ardynkosie, czy to ty zamknąłeś drzwi?
Spojrzała w miejsce gdzie jeszcze przed chwilą stał Don S’ardynkos.
- Don S’ardynkosie! – krzyknęła rozpaczliwie. – Mogłeś wziąć kiełbaskę. Parówki skończyły się dziś rano... - słowa ugrzęzły jej w gardle – S’ardynkosie…
Don S’ardynkos zniknął.

***

Droga do domu zawsze wyglądała tak samo. Duży dom. Mały dom. Średni dom. Czerwona cegła. Białe pustaki. Odrapany tynk. Dwa rozwidlenia dróg. Jeden cmentarz. Dwa kościoły. Zaniedbany park. Zdezelowany plac zabaw. Jeden z trzech monopolowych w mieście. 4 meneli. 10 lokajów. Pół tabuna bezpańskich psów i ani jednego kosza na śmieci. „Co za impertynenctwo!” – pomyślała Lusesita i omiotła wzrokiem cały ten miejski bałagan. „Coraz więcej śmieci panoszy się po mieście. Trzeba coś z tym zrobić! Okrutny to widok, doprawdy.” Miała rację. Ostatnio bezpańskie psy jak i śmieci stały się coraz bardziej irytujące i brutalne. Podbiegają lub przyczołgują się do ludzi i gryzą ich w pięty. Nie w kolana czy łydki lub łokcie ale właśnie w pięty! W szpitalu zanotowano już około 30 ukąszeń. Zawsze tego samego typu i w takich samych okolicznościach. Do czasu. Lusesita przyspieszyła kroku. O tej godzinie nie mogła czuć się tu bezpieczna. Nagle wszędzie wokół pociemniało. Ziemia zawirowała jej przed oczami. Uderzyła głową w bruk i straciła przytomność. Przed oczami zatańczyły jej tęczowe kucyki…

"

cdn.



Tym samym rozpoczynam jedyną taką blogolovelę ever. Postacie i wydarzenia są zupełnie przypadkowe, wszelkie podobieństwo niezamierzone.
Po co to robię? Bo chcę. Bo to moje kavenaławe. Bo to mój pieprzony świat i moje kredki. Bo czasami dobrze spojrzeć w górę.
Na przyszłość ostrzegam -
WYSOKI POZIOM ABSURDU.

Endżoj.

2 Comments »

O liskach, odchodzeniu i innych takich smutnych.

Czyli generalnie dzisiaj smutno. Niby wiosna, ale tak jakoś tam w środku ponuro. I nawet nie mam na myśli swojej ślepej kiszki, bo ta pewnie wesoła, chociaż kto ją tam wie? Radosne oczekiwanie zmienia się ostatnio w katorgę niepewności. Z jednej strony 95% pewność, że wszystko będzie dobrze, a z drugiej strony te cholernie gryzące 5%. Ale tak musi być. To jest normalne. Trochę naiwne, ale normalne. Zupełnie jak śnieg zimą (chociaż ostatnio nic nie jest już pewne). Posypały się wartości. Posypały się morale i morele też się wysypały. Z miski. Wczoraj rozmawialiśmy z wujem, że w naszych terenach jest pełno lisków. Z pewnym zażenowaniem musiałam przyznać, że przez moje chore 19 lat ani razu nie widziałam na żywo liska. No i patrzcie państwo. Dziś okazja. Wracam do domu. Autobus pędzi jak szalony. Czasem przyspiesza do zawrotnych prędkości 60km/h, czasem zwalnia. No i zwalnialiśmy sobie w najlepsze i tak jak zwykle, wracając do domu, patrzę w pola, (lasy są dopiero kilometry za horyzontem), czasem w przydrożne rowy. I w jednym z tych rowów na wieczny odpoczynek udał się mały lisek. No mały, czy ja wiem czy mały? No i myślę sobie, że jak wczoraj stwierdzałam, że nie widziałam liska, to ja tak naprawdę nie sprecyzowałam moich „żądań” co do jego postaci. Myślałam, że to logiczne, że mówiąc, że nie widziałam na żywo, mam na myśli ja żywa, on żywy, my na żywo. A tu się sprawa rypkła. Ja żywa, my na żywo, a w nim coś mało tego życia. No ja nie mam zamiaru się tak bawić. To smutne trochę. W ogóle te wszystkie odejścia i pożegnania są smutne. Za miesiąc kończę szkołę. I znów wszystko, co przez trzy lata z takim mozołem budowaliśmy ktoś niezależnie od nas psuje. Ostatni miesiąc. Trzeba kupić bilet na PKS. Pożegnam się z panią Agnieszką (bądź co bądź legendą krotoszyńskiego pksu). W poczekalni w promieniach ostatniomarcowego słońca wygrzewały się dwie starsze kobiety. Przy okienku nie było nikogo, jakiś gościu kręcił się przy komputerze. „znów trzeba będzie dwie godziny czekać, aż się pojawi…” pomyślałam dosyć smętnie, a gościu przy komputerze zapytał, czego chce. Bilecik poproszę (nie do kontroli, nie ta działka proszę ja ciebie). Spojrzał raczej przyjaźnie, chociaż nadal nie miałam do niego zaufania. Ośmielona jednak tym gestem zapytałam ponownie „A gdzie pani Agnieszka?”. Musiał usłyszeć smutek w moim głosie. No musiał i nie ma bata. Przerwał na chwile przyklejanie i stemplowanie i przepraszającym tonem wydukał, że nie przedłużyli jej kontraktu, jakby to była jego wina… Niby normalny świat i normalna kolej rzeczy. Dla wszystkich to takie zwyczajne. Ot, wywalili ją z pracy. A jednak dla mnie to dziwne było. Co miesiąc o tej porze to był swego rodzaju rytuał. Uciekanie z religii na PKS, tylko po to, żeby kupić bilet i pogadać przy okienku o kolorach papierków na których drukowane były bilety (przez trzy lata ani razu nie udało mi się trafić żółtego). Dziś miałam ostatni raz ponarzekać razem z nią, że nie ma znów żółtego papierka, ostatni raz naściemniać, że ma pozdrowienia od księdza (ach, jak się cieszyła :) ) i ostatni raz wykłócać się z nią, że nie mam drobnych… A tu pan. I to nie jakiś taki, co to o nieplanowanych ciążach mógłby gadać na całą poczekalnie. Taki zwyczajny. Pewnie, gdyby to była dopiero druga klasa, albo nawet połowa roku czy cokolwiek nie tak blisko końca, zniosłabym to inaczej. A tak? Na dworze przy peronie 5 czekał już autobus. Ni stąd ni zowąd pojawiły się łzy, pewnie przez to rażące słońce. Na pewno…



Spokojnie. Nie jest jednak aż tak tragicznie. Mówią, że Pan Bóg nierychliwy ale sprawiedliwy, no nie? Coś czuje w kościach, że chyba zaczyna coś się dziać w kwestii jego sprawiedliwości. A przynajmniej tak mi się wydaje. Wiesz, nie lubię ściemniać, ani cwaniaczyć, ale sory winetu, należało Ci się. Śmiech to zdrowie, panowie, panie.



Dzisiejszy odcinek sponsoruje literka
W jak Wiosna.

Ze specjalnymi (chociaż normalnymi swych treściach) pozdrowieniami dla:
-Mundasa, że mnie ciągle wytrzymuje
-Agatki, że pełni rolę mojego biura rachunkowego i podtrzymuje mnie na duchu choćby nie wiem co się działo;)
-pana eM, co do którego już niedługo ;)
-Kruczka, bo pozory mylą ;)
-Tadzika, bo raczy mnie dzisiaj naprawdę smakowitą muzyką. W ramach dzisiejszego postu i klimatu jaki mi sie tu zrobił, proszę bardz:

Royksopp - Poor Leno
Endżoj.

No Comments »


"Mord w supermarkecie!"
Drzwi automatyczne otwierały się automatycznie. Halę sklepową wypełniał pospolity gwar dziesiątek spacerujących między alejkami ludzi. Kolejna leniwa środa, pomyślał doktor He-hu-eł-o. Godzina 17.53. krótki spacer między stoiskami z zabawkami, slalom pomiędzy raczkującymi dziećmi które z uporem maniaka nawadniały posadzkę w sklepie (metodą paszczową, nowatorsko,). Rzut okiem w przedział z kawami. Jakieś stare małżeństwo przyglądało się granatowemu Jakobsowi z odległości jakichś 20cm. Swoje uwagi wyrażali nad wyraz głośno (nie będe ich tu przytaczać, bo nie w tym rzecz;). Spokój. Ponad głowami tych wszystkich ludzi, dla których supermarkety są niekiedy jedyną rozrywką w życiu, wybijając się nad dźwięki szalonej muzyki z gatunku "w tym momencie powinieneś zatkać uszy", płynęła cisza. Wyobrażasz sobie, jak ona tak płynie? Takim spokojem, taką sielanką płynie, wirując w powietrzu swoimi mackami omamia, delikatnie ale stanowczo drąży korytarzyki w Twojej głowie... Obserwowała wszystko z góry i miała wszystko w nosie. Koło spożywki zaszumiało. Cisza zadrżała w oczekiwaniu. Dźwięk rozbijanego słoika rozdarł ją do kresu jestestwa (osz, ale teraz pojechałam po bandzie:D) I spadła na półki, rozstrzaskując się na miliony kawałków. Doktor He-hu-eł-o podskoczył z podniecenia usłyszawszy krzyk rozpaczy mordowanego słoika. Sprawcy nie było już na miejscu. Kilku przechodniów przystanęło na chwilę i z głupimi minami przyglądało się zbrodni. Doktor He-hu-eł-o pochylił się ostrożnie nad "zwłokami". I wtedy zrozumiał. "Nieeeee!!!1!11!!!1jeden" krzyknął zrozpaczony. Pod jego stopami leżał martwy słoik dżemu. Truskawkowego. Drzwi automatyczne wciąż otwierały się automatycznie.









Staroć przeokrutny i dziwny, ale mój.
A teraz zagadka:

Dlaczego dzwon głośny?
odpowiedź:
Bo w środku jest pusty.

I kolejna zagadka, albo raczej sentencja:
Najgłośniej krzyczy ten, kto nie ma nic do powiedzenia.

Wiedzieliście?

Apropo ostatniego wpisu dotyczącego koncertu Pustek:
Jestem niesamowicie zadowolona z tego, że było nas tam tak mało. Nie zrozumie klimatu takich imprez ten, kto nigdy ich nie uświadczył. Być może co niektórzy wolą wielki szoł, duży tłum i mega zajebiste emocje. A tutaj popatrz, chyba nie o to chodzi. Może myślę złymi kategoriami i może to jest żałosne, ale dla mnie (podkreślam) dla mnie najważniejsza jest rozmowa z artystami po koncercie. Swego rodzaju dopełnienie tego, co przez półtorej godziny starali się przekazać ze sceny. Tak. To jest taka weryfikacja tego, co przekazywali muzyką. Skonfrontowanie tego z półgodzinną rzeczywistością pokoncertową. Wbrew pozorom, wiele można się dowiedzieć w tym czasie.

Na 7 marca umówiony wywiad z Muchami. Już się nie mogę doczekać:>

I uwaga, cytat z Bronsona, aktualny na nie wiem (tak w klimacie dzisiejszych zagadek).

a wiesz co mnie obchodzi zdanie innych? mała podpowiedź - ...
... nic.
WRACAM.