Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lustrzanka. Pokaż wszystkie posty

No Comments »

Jesienne porządki.
Na zdjęciu Roksana. Jedna z moich wychowanek na świetlicy. Uwielbia aparat. Pozuje też całkiem nieźle.
I jak patrze na te zdjęcia to przypomina mi się pierwsze zdanie Basi wypowiedziane po obejrzeniu efektów spaceru
"Zabraniasz dzieciom się uśmiechać?".
Prostując - nikomu nie zabraniam się uśmiechać :) wręcz przeciwnie. A to, że na zdjęciach niektórzy wolą nie pokazywać swoich siekaczy - cóż, jego brocha :}

Tegoroczna jesień była przepiękna i nikt mi nie powie, że nie!

A testy Nikona wrzucę wkrótce :)

No Comments »

Z Adamem gdzieś w lesie.
męska rzecz.
jest zbyt gorąco, żeby wymyślać cokolwiek.
stanie się tak, że któregoś dnia w ogóle sie nie zjawie. Nie stanie się nic. Nie zmieni prawie nic. Nie zmieni się nic prawie...
pyk pyk i na ryby.
c'mon baby! :>
I Adam w pełnej krasie.

Zdjęcia z pewnego czerwcowego popołudnia. Nie udało mi się dodać ich prędzej, bo cudownym zrządzeniem losu i zarządzeniem kilku wspaniałych osób zostałam porwana w góry.
Można porywać mnie częściej;))
A wracając już do samych zdjęć... Bardzo sympatyczna i spontaniczna sesja. Fajnie tak czasem wyjść na spacer i poznać kogoś kogo kojarzy się tylko z widzenia :)

I co, i kto teraz ma swój świat, swoje kredki i swojego blogaska?

No Comments »

Pewnego razu w Zdunach...
Kiedy Mundasowa dowiedziała się, że Eduardo stracił wszystkie swoje oszczędności w automatach ze słodyczami (bo zawsze udało mu się wygrać!) zapłakała gorzko i załamała się w pół.
Spojrzała ze smutkiem w oczach na orła cień i zapytała - Do you problem? lecz on nie wiedział. Lecz on w istocie był problem.
Na Justynę spadł poważny cień. Jej twarz stała się dzięki temu równie poważna. Nie potrafiła odpowiedzieć Mundasowej, dlaczego.
Szukając odpowiedzi na dręczące ich pytanie Paulina zapuściła korzenie. Albo raczej gałązki. Było to tym dziwniejsze, że ów gałązki pojawiły się nagle. I z głowy, czyli z niczego. Tzn z braku korzeni się pojawiły nagle.
Justyna sięgnęła z kolei do medycyny naturalnej. Poprzez aromat leśnych szych przeniosła się do wyższego poziomu nirwany, by tam przyczaić przyczajonego buddę i zapytać go "dlaczego?"
Lecz on nie wiedział. Osłabiło to Justynę, więc odpoczęła na łąki łanie opierając się o drzewo.
Drzew jednak pękło wprawiając w zakłopotanie zebranych.
Zebrane zakłopotane. Spójrzcie tylko na to zakłopotanie malujące się w ich oczach!
Wyrzuty sumienia były jednak tak silne, że pociągnęły Justynę do poważnych kroków.
Poważne kroki skierowały ją do Kątowni gdzie znalazła miotły i swoje powołanie na to ciepłe, marcowe popołudnie.
Porwane przez wir pracy już nigdy nie wróciły do poszukiwania odpowiedzi na pytanie "dlaczego"...

koniec.
Zdjęcia z 26 marca. Zduny-muzeum-las-droga-Krotoszyn.
Wszystkich nie wrzucam, bo nie :}
Mundas i Justyna spisały się świetnie, biegały na bosaka po szyszkach i leżały na igliwiu. Mi by się chyba nie chciało, ale cóż. Nic dwa razy się nie zdarza i nie zdarzy. Co prawda zdjęcia zawsze można powtórzyć, ale to już nie będzie to samo leżenie.
W przygotowaniach do publikacji zdjęcia z Anią i Darką, a później Sylwia i Liska :}
Przyszły piątek zarezerwowany dla Tomka, a week 23 dla Moniki i Tobiasza.
Se zapisuje, żeby nie zapomnieć.
Chętnych na zdjęcia proszę o kontakt, ja mam czaaaas ;)

No Comments »

Śniegu.

Będziemy w kontakcie.

Taaak. przede mną 8 dni w Studzionkach.
 
 Więc ruszyłam dziś na spacer, żeby powoli wczuć się w śnieżny i mroźny klimat.
 
 Tu też jest sympatycznie, ale wszystko i tak na nic w obliczu gór, które nagle wyrosną nam za oknem i które przez 8 dni i nocy będą mamić nas swoją niezmierzoną i niewzruszoną potęgą.

A czas zleciał tak szybko. Jakby wczoraj Ewela zaczęła odliczanie od 50.

Pamiętam tą radość, wtedy w pizzeri, kiedy powiedziała mi, że jadę. Że w końcu zobaczę to, co do tej pory znałam tylko z opowieści. Fascynujących historii i rozmarzonych oczu opowiadających o tamtym miejscu.

I w końcu po tylu tygodniach oczekiwania przychodzi mi spakować torbę. Ale nie mogę...

Nie mogę się zmobilizować i ogarnąć wszystkiego raz a dobrze. Podchodzę do tego już od wczoraj i wciąż coś mnie odrywa. To musi przyjść samo. Impuls - pakuj sie, Maja. Zupełnie jakbym słyszała jego głos.

Kurcze, czuję, że to będzie przełomowy wyjazd. Taki, który zmieni coś na zawsze. Nie wiem, co to jest, ale czuje, że to coś dobrego.

a tak zmieniając temat - Zduny mi zasypało ;) i dopiero teraz, po tygodniu jakby nagle ktoś sobie przypomniał, że warto by było je odkopać jednak ;) Ja tam się nie gniewam, zdecydowanie ładniej wyglądały w takim zakłopotanym przykryciu, gdzie ludzie rozpaczliwie drążyli ścieżki w tunelu a dookoła hulał cudownie biały śnieg. 

Ale teraz jest szaro i ponuro. Ma to swój urok, ale wolę tą czystość pierwszego śniegu i ten spokój z którym płatki siadają na ramieniu...

Do zobaczenia za półtora tygodnia. Jadę przywitać góry :)

1 Comment »

Hej w góry, w góry...
Szklarska Poręba.
Góry przywitały nas kolorami jesieni i niesamowicie fotograficzną pogodą.
Z jednej strony świeciło słońce, z drugiej nadciągały ciemne chmury, które ukrywały przed nami szczyty gór i nasz cel.
Jeden rzut oka za siebie, powstrzymując paniczny strach (te wyciągi od zawsze mnie przerażały, ale miałam koło siebie Andzie, która się w ogóle nie bała, chociaż ma dopiero 1/2 lat co ja ;)
Wjeżdżając wyciągiem na Szrenice z minuty na minutę robiło się coraz zimniej.
I niekoniecznie chodzi o zimno zewnętrzne. Kiedy spojrzeć na spalone kwaśnymi deszczami połacie lasu w środku robi się tak jakoś chłodniej, smutniej. Nieprzejednane są siły natury.
Zupełnie inny świat. Cisza, pustka, zniszczenie. Świszczący wiatr i porażające zimno. Robi wrażenie.
i tylko gdzieniegdzie jakiś człowiek spiesznie zniknie za horyzontem...
ponury krajobraz.
i ponure wrażenia.
To się nazywa chodzić z głową w chmurach.
czas ucieka...
więc szybko dotarliśmy do schroniska na szczycie Szrenicy, posililiśmy się gorącą herbatą z cytryną (+ dwa cukry na sztuke ;D) Wszędzie niesamowite widoki i przyjemne ciepło rozchodzące się po całym ciele. Ach, chyba nie piłam lepszej herbaty!
Cała nasza paczka przed schroniskiem ;)
Ruszyliśmy w dół. Drogą ciężko toczył się STAR TurboElo 2.0 z sympatycznym panem od pilnowania drewna na górze.
Las powoli zaczął przybierać jesienne kolory. Coś pięknego.
Ewelina wpasowała się kolorystycznie w tło ;D tak, to ta od podtrzymywania mnie w równowadze, kiedy upadałam ;}
Zejście do wodospadu Kamieńczyka
Kolorystyka powalała.
:}
cali i zdrowi dotarliśmy pod sam wodospad.
W takich miejscach człowiek czuje się strasznie malutki. Tyci. Nieważny i nieistotny.
i teraz próba innego obiektywu ;] lasy pierwsza klasa. Takich u nas na wsi nie ma.
ale takie motywy można spotkać czasem.
Chociaż takich leśnych skrzatów często się nie spotyka ;) Czyżby to legendarny Duch Gór Rzepiór?
Po paru godzinach wędrówki dotarliśmy do miasta. Szklarska Poręba jest tylko trochę większa od Zdun, liczy sobie niecałe 7tys mieszkańców i jest w zupełnie innym świecie.
Bajkowe krajobrazy.
i klimatycznie ulokowane schroniska i domy. Ech, coś fajnego.
Drobne makro przy okazji pizzy. Pizzy giganta!
Oliwka zniecierpliwiona czekaniem przed Netto.
Ciasteczkowy Potfur :)) czyli Mikołaj i jego druga twarz.
Mariusz-wolontariusz i Ewelina :} głupawka pod Netto.
Swojskie klimaty ;D
Panoramka.
Kościół wśród gór i drzew. Fajnie, chociaż gdybym miała iść takie kilometry co niedziele to bym chyba zrezygnowała :>
Tuż po zachodzie słońca.
koniec.

Wyruszyliśmy z Krotoszyna krótko po 14 w piątek. Po godzinie dotarliśmy do Leszna, później do Wrocławia i do Jeleniej Góry spotykając po drodze mnóstwo spieszących się gdzieś ludzi. W miarę upływania drogi przedziały się wyludniały. Do Szklarskiej Poręby dotarliśmy po godzinie 21. Wjeżdżając pod górę do schroniska przez okna widzieliśmy zachmurzone niebo i księżyc, który próbował przebić się przez chmury. Kierowca pomógł nam wypakować bagaże i po chwili zniknął w mroku. W drzwiach schroniska przywitała nas przesympatyczna pani. Wkrótce potem wszyscy znaleźli swoje pokoje i przydzielili sobie łóżka. Noc minęła szybko i spokojnie. Rankiem obudził nas szum strumyka za oknem...
Słońce leniwie wschodziło nad górami rzucając przez okna pierwsze promienie. Ze wzrokiem wpatrzonym w przestrzeń trwaliśmy przy śniadaniu. Czas się zbierać, przemknęło nad głowami i 15 minut później czekaliśmy z plecakami przed schroniskiem. Okolica była przepiękna. Czyste powietrze dodawało sił do zmierzenia się z potęgą natury. Kręte ścieżki prowadziły nas wyżej i wyżej, a życie w mieście powoli zaczynało się budzić. Gdzieniegdzie ktoś otwierał swój kramik z pamiątkami, a my szliśmy dalej. Dotarliśmy do wyciągu, odczekaliśmy swoje z kolejce i ruszyliśmy do góry. Z każdą kolejną minutą robiło się coraz zimniej. Wjeżdżaliśmy na sam szczyt trzymając głowę w chmurach. Co jakiś czas oglądaliśmy sie za siebie i wtedy dawało się słyszeć zduszone okrzyki zachwytu. Za nami rozciągała się przepiękna panorama. Tego nie da się opisać! Na górze czekał na nas wiatr. Niesamowite miejsce przypominające pobojowisko i spokój, wielki spokój.  W schronisku na Szrenicy wypiliśmy gorącą herbatę z cytryną i nabraliśmy sił do dalszej podróży. Zaczęło sie przejaśniać. Chmury ustąpiły miejsca słońcu i naszym oczom ponownie ukazał się niesamowity widok. Schodziliśmy z góry jak szaleni ciesząc się z każdego kawałku krajobrazu pokazującego się na horyzoncie. Ta jesień, te kolory! oszałamiające.  Wkrótce później pojawił się strumyk gdzieś z lewej strony ścieżki, z biegiem czasu powiększał się i coraz żwawiej gnał w dół. Przed nami malował się wodospad Kamieńczyk. Przed wejściem dostaliśmy gustowne czerwone kaski i zeszliśmy na dół. Porażające! Krótka sesja zdjęciowa i wracamy do góry. Dalej już tylko droga do miasta. W mieście znaleźliśmy pizzerię, a w niej Pizze Giganta, która wywowłała we wszystkich ogromne emocje. Dobre humory ustępowały powoli miejsca małemu głodowi, który czaił się gdzieś w pobliżu. Po takiej dawce energii wybraliśmy się z powrotem do schroniska.
Kolacja. Noc. Śniadanie. Pakowanie się do wyjazdu. Pożegnanie gór i pani ze schroniska i półgodzinny spacer na dworzec. Wszystkim udzielił się smutek związany z wyjazdem z takiego miejsca. Jeszcze przez godzinę mieliśmy okazje patrzeć przez okna pociągu na góry, zamek Chojnik i okolice. W Jeleniej Górze mieliśmy 4 minuty aby znaleść pociąg do Wrocławia. Droga upłynęła nam śpiewająco. Na dobre i na złe, Gdzie strumyk płynie z wolna, Hej sokoły i inne chwytliwe hity. Ci bardziej zmęczeni przysnęli zaraz po wejściu do pociągu. We Wrocławiu zjedliśmy obiad, odczekaliśmy trochę do następnego pociągu i odjechalismy w siną dal. Śląsk żegnał nas deszczem...

Dziękuję!

Po weekendzie spędzonym w górach stwierdzam, że niezależnie od pory dnia, góry są piękne. Długo zastanawiałam się, co ludzie w nich widzą? Teraz, kiedy jestem już nieco starsza wiem. W miejscach takich jak te, zaczynamy dostrzegać potęgę i piękno natury, chowając w kieszeń człowieka, jego dumę i niestety niszczycielskie zapędy.