Nawiedzeni. Zduny, peregrynacja 2011 W sumie nawet nie chce mi się zbyt mocno rozpisywać nad tym, co tydzień temu miało miejsce w zdunowskiej parafii. Cała ta peregrynacja to jedna wielka ściema i komercja. Nie czuję tego. Ktoś w pogoni za tak często krytykowaną z ołtarza mamoną urządził sobie po Polsce tour de Maria. Tłum się bawi, a panowie w kempingach ustawionych pod młynem liczą grube pieniądze... Brakuje tylko Kolorowych Jarmarków z głośników...
A więc co robię, kiedy nic nie robię. Fotografuję swego renifera upolowanego we Flo. Renifer ów prezentuje swe poroże, które skrzy się wszystkimi kolorami tęczy i w przypływie światła słonecznego wprawia mnie w nieco świąteczny już nastrój.
To także zabawa nożem :> tak, dać mi ostre narzędzie, kartkę i czekać na efekty. Obolałe palce, ułamane ostrza, ale frajda z ukończonego obrazka - bezcenna.
No i skoro przy wycinankach jesteśmy... Pracuję nad projektem plakatu na zaliczenie pracowni komputerowej. Tak wiem, mało tu komputera, więcej pracowni, ale wersja wycinankowa przeszła :) Mam nadzieję, ze przejdzie dalej, byłoby miło.
Produkcja na masową skalę. Królików wciąż przybywało, trzeba było je przywiązać do drzewa, żeby nie uciekły. Tu kartka właściwa z gotowym już napisem i huśtawką. Prezentowała się sympatycznie:)
Wesołego Alleluja od królika co się buja! ;>
Dwa króliczasy gotowe na wklejenie.
a tu wersja drastyczna tejże samej kartki. Trzeba było przytrzymać królika w miejscu. Biada tym, którzy pomyśleli, że mogłabym uszkodzić takie zwierzątko. W końcu Turbiś tez królikiem był.
Przy produkcji kartek nie ucierpiał żaden królik :> Zresztą widać, że ten się uśmiecha :}
i wmieszałam się w męskie grono :> niezauważalnie... Śniadanko wielkanocne na świetlicy. Fajnie było :)
Dokumentowane i przesłane przez Ewewline, która teraz będzie chować swojego królika do sejfu na czas moich odwiedzin :D no to wesołego jajka!
Oliwka w kropce. Na naszej małej ścianie płaczu w świetlicy. Śmiechu, nie płaczu, bo mamy tam słonia i wróbla który przypomina delfina. Takie małe kropkowe szaleństwo. W kuchni królują trójkąty.
I tak sobie testuje Nikona, jeej. Zakochałam się... ;}
Uszyłam sobie szkicownik. Zafascynowały mnie kropki ostatnio. Oldskulowe. Koszt takiego szkicownika i jego wykonanie nie są takie straszne, jakby się to mogło wydawać. Z arkusza szarego papieru (60gr) zostało mi pół. Do tego trochę tekturki z odzysku i wyhaczony w tesko papier w kropki za szaloną cenę 0.59zł! całość może z godzinkę roboty. Cięcie, układanie, zszywanie, obszywanie, klejenie, krojenie. Przy okazji kolejnego szkicowniczka może małe krok po kroku.
Więc nie bój się deszczu, to ja jestem deszczem...
Taki szalik sobie zrobię. Nie wiem kiedy ale zrobię.
"Słońce leniwie chowało się za widnokręgiem. Smutno urządzony pokój tonął w czerwonym świetle. Może to i lepiej. Przynajmniej nie widać porażającego różu krzywych ścian. San Żułan de Piehr wpatrywał się w sufit.- Czemu mnie nie kochają i za co tak męczą? – pomyślał głośno i zachlipał. – Och, moje biedne, skomplikowane życie. Luz Marija dawno wyszła za Don Alehandro. Don Edułardo robi karierę w przemyśle herbacianym, a ja gniję w tych czterech różowych ścianach i białym suficie z grzybem po lewej koło okna. Los się musi odmienić – powiedział bardziej do grzyba niż do siebie, chociaż w tym momencie trudno było zauważyć różnicę...
San Żułan de Piehr niewiele różnił się od innych ludzi. Był od nich nieco wyższy, smaglejszy, z bujną czupryną popielatoszarych włosów. Ciągle w tym samym garniturze od Dolcze&Gibany, butach od Armatniego i krawacie od Vasko da Gamy. Ciągle. Przez cały rok. Niedziele i święta. Deszcz czy upał. To, co różniło go od pozostałych chował głęboko. Nie chciał, by ktokolwiek poznał jego sekret. Ale im dłużej i głębiej go chował, tym bardziej dla wszystkich stawało się jasne. Mrok całkowicie spowił pokój. Zaczynał się czas serferów…
***
- Ach, jak cudnie dziś zachodzi słońce! – westchnęła Luz Pańczita i czule pogładziła po głowie Don S’ardynkosa. Tak. Zdecydowanie uwielbiała te romantyczne zachody słońca na dachu wędzarni jej ojca. - Słońce, jak słońce. Letko bym se porzucał parówkami z okna! – rzucił beztrosko Don S’ardynkos burząc momentalnie romantyczny nastrój. – Zgódź się! Tylko jedna parówka! Twój Ojciec nawet się nie spostrzeże, że zwędziłem! - Nie! – warknęła gniewnie Luz Pańczita i zaczęła zbierać się do wyjścia awaryjnego. - W takim razie sam się rzucę! - Ja nie mam zamiaru rzucać się z Tobą. – stwierdziła oschle Pańczita i szarpnęła klamkę od wyjścia. – Zamknięte! S’ardynkosie, czy to ty zamknąłeś drzwi? Spojrzała w miejsce gdzie jeszcze przed chwilą stał Don S’ardynkos. - Don S’ardynkosie! – krzyknęła rozpaczliwie. – Mogłeś wziąć kiełbaskę. Parówki skończyły się dziś rano... - słowa ugrzęzły jej w gardle – S’ardynkosie… Don S’ardynkos zniknął.
***
Droga do domu zawsze wyglądała tak samo. Duży dom. Mały dom. Średni dom. Czerwona cegła. Białe pustaki. Odrapany tynk. Dwa rozwidlenia dróg. Jeden cmentarz. Dwa kościoły. Zaniedbany park. Zdezelowany plac zabaw. Jeden z trzech monopolowych w mieście. 4 meneli. 10 lokajów. Pół tabuna bezpańskich psów i ani jednego kosza na śmieci. „Co za impertynenctwo!” – pomyślała Lusesita i omiotła wzrokiem cały ten miejski bałagan. „Coraz więcej śmieci panoszy się po mieście. Trzeba coś z tym zrobić! Okrutny to widok, doprawdy.” Miała rację. Ostatnio bezpańskie psy jak i śmieci stały się coraz bardziej irytujące i brutalne. Podbiegają lub przyczołgują się do ludzi i gryzą ich w pięty. Nie w kolana czy łydki lub łokcie ale właśnie w pięty! W szpitalu zanotowano już około 30 ukąszeń. Zawsze tego samego typu i w takich samych okolicznościach. Do czasu. Lusesita przyspieszyła kroku. O tej godzinie nie mogła czuć się tu bezpieczna. Nagle wszędzie wokół pociemniało. Ziemia zawirowała jej przed oczami. Uderzyła głową w bruk i straciła przytomność. Przed oczami zatańczyły jej tęczowe kucyki…
"
cdn.
Tym samym rozpoczynam jedyną taką blogolovelę ever. Postacie i wydarzenia są zupełnie przypadkowe, wszelkie podobieństwo niezamierzone. Po co to robię? Bo chcę. Bo to moje kavenaławe. Bo to mój pieprzony świat i moje kredki. Bo czasami dobrze spojrzeć w górę. Na przyszłość ostrzegam -
Dzień był ciepły i spokojny. Nic nie zapowiadało komplikacji. Wyszłam na balkon, żeby sprawdzić stan pogodowy za oknem bardziej na dziki dziki zachód. Rozglądając się tu i ówdzie moje spojrzenie przykuło coś, co siłą rzeczy i normalnego umysłu nie powinno się tam znaleźć...
Gdyby nie stalowe barierki, które oddzielają moją wolną przestrzeń od tej trochę skręprowanej, to z całą pewnością wylądowałabym na trawniku 3 piętra niżej (zupełnie jak przed laty mój kotek Lucia :> ale nie Lucija tylko bardziej w Luća"). Spoglądając na te zdjęcia, nie wychodzę już na balkon. Spoko, wyTrwam, ale boję się otworzyć lodówkę...
Trochę offtopowo.
Ostatnio na targu w Baszkowie udało mi się upolować taką oto cudną lampkie. A raczej lampion. Stan idealny. Jedyną kwestią sporną było zamontowanie w nim świeczki. Ale od czego ma się pacyfki od Sylwii i trochę drucików plus patyki od szaszłyków? Jak to mówią, potrzeba matką wynalazków. Kto wybiera się ze mną na chińską sesję zdjęciową?:> szczegóły na priv;P
Czyli generalnie dzisiaj smutno. Niby wiosna, ale tak jakoś tam w środku ponuro. I nawet nie mam na myśli swojej ślepej kiszki, bo ta pewnie wesoła, chociaż kto ją tam wie? Radosne oczekiwanie zmienia się ostatnio w katorgę niepewności. Z jednej strony 95% pewność, że wszystko będzie dobrze, a z drugiej strony te cholernie gryzące 5%. Ale tak musi być. To jest normalne. Trochę naiwne, ale normalne. Zupełnie jak śnieg zimą (chociaż ostatnio nic nie jest już pewne). Posypały się wartości. Posypały się morale i morele też się wysypały. Z miski. Wczoraj rozmawialiśmy z wujem, że w naszych terenach jest pełno lisków. Z pewnym zażenowaniem musiałam przyznać, że przez moje chore 19 lat ani razu nie widziałam na żywo liska. No i patrzcie państwo. Dziś okazja. Wracam do domu. Autobus pędzi jak szalony. Czasem przyspiesza do zawrotnych prędkości 60km/h, czasem zwalnia. No i zwalnialiśmy sobie w najlepsze i tak jak zwykle, wracając do domu, patrzę w pola, (lasy są dopiero kilometry za horyzontem), czasem w przydrożne rowy. I w jednym z tych rowów na wieczny odpoczynek udał się mały lisek. No mały, czy ja wiem czy mały? No i myślę sobie, że jak wczoraj stwierdzałam, że nie widziałam liska, to ja tak naprawdę nie sprecyzowałam moich „żądań” co do jego postaci. Myślałam, że to logiczne, że mówiąc, że nie widziałam na żywo, mam na myśli ja żywa, on żywy, my na żywo. A tu się sprawa rypkła. Ja żywa, my na żywo, a w nim coś mało tego życia. No ja nie mam zamiaru się tak bawić. To smutne trochę. W ogóle te wszystkie odejścia i pożegnania są smutne. Za miesiąc kończę szkołę. I znów wszystko, co przez trzy lata z takim mozołem budowaliśmy ktoś niezależnie od nas psuje. Ostatni miesiąc. Trzeba kupić bilet na PKS. Pożegnam się z panią Agnieszką (bądź co bądź legendą krotoszyńskiego pksu). W poczekalni w promieniach ostatniomarcowego słońca wygrzewały się dwie starsze kobiety. Przy okienku nie było nikogo, jakiś gościu kręcił się przy komputerze. „znów trzeba będzie dwie godziny czekać, aż się pojawi…” pomyślałam dosyć smętnie, a gościu przy komputerze zapytał, czego chce. Bilecik poproszę (nie do kontroli, nie ta działka proszę ja ciebie). Spojrzał raczej przyjaźnie, chociaż nadal nie miałam do niego zaufania. Ośmielona jednak tym gestem zapytałam ponownie „A gdzie pani Agnieszka?”. Musiał usłyszeć smutek w moim głosie. No musiał i nie ma bata. Przerwał na chwile przyklejanie i stemplowanie i przepraszającym tonem wydukał, że nie przedłużyli jej kontraktu, jakby to była jego wina… Niby normalny świat i normalna kolej rzeczy. Dla wszystkich to takie zwyczajne. Ot, wywalili ją z pracy. A jednak dla mnie to dziwne było. Co miesiąc o tej porze to był swego rodzaju rytuał. Uciekanie z religii na PKS, tylko po to, żeby kupić bilet i pogadać przy okienku o kolorach papierków na których drukowane były bilety (przez trzy lata ani razu nie udało mi się trafić żółtego). Dziś miałam ostatni raz ponarzekać razem z nią, że nie ma znów żółtego papierka, ostatni raz naściemniać, że ma pozdrowienia od księdza (ach, jak się cieszyła :) ) i ostatni raz wykłócać się z nią, że nie mam drobnych… A tu pan. I to nie jakiś taki, co to o nieplanowanych ciążach mógłby gadać na całą poczekalnie. Taki zwyczajny. Pewnie, gdyby to była dopiero druga klasa, albo nawet połowa roku czy cokolwiek nie tak blisko końca, zniosłabym to inaczej. A tak? Na dworze przy peronie 5 czekał już autobus. Ni stąd ni zowąd pojawiły się łzy, pewnie przez to rażące słońce. Na pewno…
Spokojnie. Nie jest jednak aż tak tragicznie. Mówią, że Pan Bóg nierychliwy ale sprawiedliwy, no nie? Coś czuje w kościach, że chyba zaczyna coś się dziać w kwestii jego sprawiedliwości. A przynajmniej tak mi się wydaje. Wiesz, nie lubię ściemniać, ani cwaniaczyć, ale sory winetu, należało Ci się. Śmiech to zdrowie, panowie, panie.
Dzisiejszy odcinek sponsoruje literka
WjakWiosna.
Ze specjalnymi (chociaż normalnymi swych treściach) pozdrowieniami dla: -Mundasa, że mnie ciągle wytrzymuje -Agatki, że pełni rolę mojego biura rachunkowego i podtrzymuje mnie na duchu choćby nie wiem co się działo;) -pana eM, co do którego już niedługo ;) -Kruczka, bo pozory mylą ;) -Tadzika, bo raczy mnie dzisiaj naprawdę smakowitą muzyką. W ramach dzisiejszego postu i klimatu jaki mi sie tu zrobił, proszę bardz:
:D Tak mnie rozbawiła ta Krówka, że normalnie nie mogłam. A że akurat szłam myć samochód, to musiałam. Koperta w ręce Pana Zygfryda, wiadro w ręke Pana Zygmunta i dawaj. Do garażu wyparkować auto:> Tyy, nawet mi sie udało ;D
Na pierwszy rzut oka byłam bardzo zaskoczona. Że kto, że co, że jak że do mnie? ee, niemożliwe, bo kto? a tu jednak tak. Że Iłowa, że to Agatka pamięta i przesyła mi dobre wieści:}
Priorytetem :}
Dziękuję Ci pięknie Panno Agatko za ten list i za tą muzykę i tą energię którą schowałaś w bombelkową kopertę i okleiłaś taśmą, żeby nie uciekła, aż mi zęby z nadmiaru tej energii prawie poprzestawiało;)) Dziękuję Ci dodatkowo, bo to przecież jedna z niewielu dobrych nowin w tych ostatnich dniach Starego Roku. Co ja mówie, Najfajniejsza nowina w tym starym roku:} Książeczka dla Ciebie już się szykuje, już kartki się cieszą w oczekiwaniu na Agatkowe spotkania i mówią, że w ogóle bedzie zabawnie, bo krówkowo i super-kul. no. Będzie tego. Z racji że jest to pierwszy wpis w tym 2008 roku, życzę wam wszystkim, żeby nie było gorzej. o. Krótkie podsumowanie i takie tam już wkrótce. ah, Nowy Rok to także kilka zmian. M.in. taka, że dostałam pewien aparat na testy;) I te trzy zdjęcia, które tu widzicie, są robione fuji s6500fd, który niestety jeszcze nie ma imienia, a tak mu smutno leżeć bezimiennie koło Zenona mojego, więc ogłaszam konkurs na imię dla młodszego brata Zenona. pff.
Pierwsze książeczki znalazły swoich właścicieli :}Książeczki są w wersji mini-mini, bo lubię taki galopujący minimalizm;) Oczywiście wykonane z dbałością o szczegóły i wszystko inne. Opowieść o Panu Karpiku trafiła do Mundasowej. Jej fabuły zdradzać nie będe, bo to raczej mocno osobiste i dla mnie i dla niej : } Z kolei książka o Panu Naleśniku to pobieżna psychoanaliza poszczególnych składników Naleśnika. Kawałek tych moich wypocin możecie przeczytać poniżej. Jeśli ktoś będzie zainteresowany całością, niech da znać w komentarzu, wtedy postaram się dodać całość (liczącą sobie 20 stron:})
Ogólnie książka opowiada o wielkiej naradzie i akcji wyzwolenia garnków i innych spożywek spod złej ręki złego człowieka. Zakończona wielkim... cdnnn. (ciąg dalszy nigdy nie nastąpi;)
ZZ czyli Zygmunt i Zygfryd, wyimaginowani przyjaciele ;D
znalazłam ich dziś rano, przed wyjściem do kościoła. Spali w szufladzie ze skarpetkami. Parę chwil temu otwarli oczy i w końcu wiem, który jest który:D
Zygfryd, to moja prawa ręka;)
a Zygmunt to lewa ręka:}
ja tam nie mogę ze śmiechu jak idziemy razem do sklepu:D
Tak się boję, o siebie, że zostanę sam, o swój psychiczny stan... (Dareczku, mój drogi, tekst ten, o który tak mi wyrzutowywujesz na gadu-gadu pochodzi z najnowszej piosenki happysadu. Niekoniecznie musi się on tyczyć mnie, no nie? Pewnie tego nie zrozumiesz, bo to ma trochę głębsze znaczenie niż kilka literek, ale tu chodzi o wiatraki. Tak. Śmiejesz się pewnie. "co? o wiatraki? łoc de fak?" a tak, o wiatraki. Bo wiesz, kiedy jeszcze byłam w takim jednym klubie to przyświecała nam idea, aby ratować to, co zabiera ze sobą czas i ludzie. A że wiatraki powoli znikają z naszego otoczenia, to właśnie do nich o nich i w ogóle, zresztą co ja Ci się tłumacze. Każdemu zwykle pozostawiam dowolność interpretacji, tutaj trochę pomagam ;))
Bo tyle się znam ile z ust twych usłyszę, ile oblicze sam z czarnych plam w życiorysie...
trzy.
Taka mała seryjka. Chodziła za mną już od dawna. Te figurki ulepiłam już jakiś czas temu. Ładnych parę lat temu. 3-4? Jak jeszcze chodziłam na kółko wiatrakowe, Arek, pamiętasz? Zaangażowałam się w to, w to wszystko. A teraz przychodzi nam się żegnać. Powiedzieć sobie "powodzenia, tam daleko, gdziekolwiek", i żyć dalej jak dotychczas. Niech będzie, te wiatraczki dedykuje Tobie, cobyś mógł sobie czasem przypomnieć o czasie spędzonym w Zdunach na rozmowach o wiatrakach i nie tylko :)
Nie pytajcie mnie, jak powstał, bo naprawdę nie mam zielonego pojęcia:} po prostu, szydełko przyszło do mnie razem z zieloną nitką i powiedziało "Niech się stanie Włóczykij" ot, cała historyja:} Jest mini mini. Fest mini mini. w planach akcesoria dla Włóczykija ;) namiot, garnek torba, dolina muminków...
Dziękuje tutaj szczególnie Sylwi, bez której by nie było tego Pana w zielonym kapeluszu:) To właśnie Sylwia dała mi dostęp do niezliczonych pokładów muliny za co jestem jej niezmiernie wdzięczna:)