In the jungle, the quiet jungle...
Deszczu jednak nie było, więc z ulgą w sercu pierdykła się na trawę.I teraz seria jak maiecka wyzionuje ducha.
Wczorajszego popołudnia las był wyjątkowo piękny, dzień był wyjątkowo z***y, a ludzie wyjątkowo dziwni. Czekolada wyjątkowo słodka, a piknik wyjątkowo udany. Folia dzieli się przez podział, a nie przez pączkowanie, jak myślałam wcześniej. Tego typu wypady są wyjątkowo kaloryczne, a mrówki wyjątkowo chytre. Wszystko wczoraj było na opak. Wszystko do kwadratu, a nawet do sześcianu. Dupa, dupa, dupa. Tylko Kruczek wieczorem uratował moją wiarę w płeć męską. Bo ja już nie wierzę. Nataliona pomogła mi niekoniecznie uwierzyć, albo zniewierzyć do końca, ale pomogła mi trochę nie myśleć. Zdarza mi się często, ale zwykle niemyślę na tematy, na które jednak powinnam. Sylwia znów przypomniała mi swoimi perypetiami o tym, że jednak płeć brzydsza jest trochę ekhem, dziwna. Więc wychodzi na zero.Poskładano mnie dzisiaj "dokumentnie".
dialog tygodnia:
"-Spotkanie foto, o wpół 6, piątek. Zbiórka pod ratuszem.
-rano czy popołudniu?
-po południu.
-jak załatwie pojazd to nadlece."
I kit. Zawsze twierdziłam, że kosmici są wśród nas. Dzięki, you made my day!



















Dwa ziubry. I spokój. Strasznie niemrawe zwierzęta. Wydawałoby się, że o 7 rano będą pełne energii biegać po całym wybiegu, skakać na jednej nodze lub jeździć na rowerze i żonglować, a te siedziały. Miał być wybieg. Osobny, z mnóstwem ziubrów i możliwością karmienia ich żelkami. Taaam, jest na pewno, bo mam zdjęcia. No i nie było.






Niebezpieczne i senne moje wędrówki po piekle. Tutaj teoretycznie był zakaz wstępu, praktycznie o wpół do 6 nikt się nie zastanawiał, czy ktoś nas namierzy, czy nie. Jezioro było wyjątkowo spokojne.



