Popołudnia bezkarnie cytrynowe.
Któregoś przejrzystego popołudnia, tuż po obiedzie, po kilku zjazdach na dupolotach wybraliśmy się na granicę do Wuja Józka.can't touch this!
Równo rok temu ta sama drewniana tabliczka witała mnie tu po raz pierwszy. Dziś, po roku czasu wracam. Bogatsza o nowe doświadczenia, biedniejsza o fałszywych 'przyjaciół', mądrzejsza o parę książek i głupsza o parę myśli. Jednak wracam tu z przyjemnością, bo tu jest inaczej.
Dzieciaki kupiły sobie takiego drucianego kwiata lotosu. Miałam kiedyś mniejszą wersję tej składanki, ale gdzieś ją zgubiłam. Miała prawo się zgubić - miałam ją od czasów 6 klasy podstawówki i kolonii w Pobierowie ;)
Listek. No tak, nie spadł, ale będzie się rewelacyjnie prezentował z nadejściem deszczowej wiosny i czasu krokusów na Studzionkach.
Jolka nie mogła oprzeć się śniegowi. Z Jolką w tym roku dzieliłam pokój, radości, smutki, płatki cinni minis i obowiązki i inne atrakcje. Fajnie się współpracowało :)
Oczywiście zima to nie tylko chodzenie po górach, łapanie widoczków i rozpalanie ogniska. To także albo i przede wszystkim ulubiona rozrywka dla starszych i młodszych - zjeżdżanie z góry na dupolotach.
Ustrzelonam przez panią Lucynkę.
Gdzieś w połowie podejścia. W całej tej zabawie najgorsze jest podchodzenie pod górę. Zjeżdżaliśmy aż do skraju lasu. Kawałek jest ;}
Jak zwykle pomylona kolejność. Nie lubię blogspotowego systemu wrzucania zdjęć. Cóż. Widok z okna autobusu po ciężkim, przyjemnym acz męczącym dniu.
Wnętrze zakopiańskiego Koktajlbaru Jagoda. Wewnątrz klimat świetny. Jedzenie - pyszne. Ludzi mnóstwo, a pączki ogromne. Szarlotka na ciepło z lodami i bitą śmietaną - pyszna opcja, ale mając przed sobą widmo godzinnej jazdy autobusem i ponad półgodzinnego podchodzenia z Ochotnicy na Studzionki robi się słabo... ;)
Widok na Giewont spod kościoła na Krzeptówkach. Widoczność była fajna, miejscówka odwiedzona tylko ze względu na naszego wyjątkowo religijnego kierowcę, który to kierowca 'pokazał' swoje katolickie serce wkrótce po wypadku Roberta Kubicy... ale to zostawię bez komentarza.
Kościół na Krzeptówkach ufundowany przez górali po zamachu na życie papieża. Jak głosiła 'legenda' przekazana przez ów pana kierowcę.
Nie miałam siły i ochoty na zwiedzanie obiektów sakralnych. Spodobał mi się jedynie witraż. Ale jego zdjęcie leży gdzieś na dysku. W tym roku ominęło nas słuchanie góralskich śpiewów/kolęd w Ochotnickim kościele. A szkoda, bo tamtejsza msza brzmi zupełnie inaczej niż tu.
Patryczek. Nasz kierownik wycieczki. Za trzy dni miał przejść na emeryturę. Tutaj spaceruje Doliną Kościeliską ze swym laptopem;->
Pogoda tego dnia była wyjątkowa. Z góry raziło w oczy cudowne, pierwszo-lutowe słońce, od boków przyjemny wietrzyk, a od ziemi delikatnie chłodził śnieg i mróz.
Spacerując doliną Kościeliską miało się wrażenie, jakby szło się przez ogromny sad. Alejki, przez które przechodziliśmy porośnięte były rozłożystymi drzewami, które teraz, po stracie liści skrzyły się śniegiem i od czasu do czasu upuszczały na przechodniów biały puch.
Tutejszy śnieg był wyjątkowy. W sumie to nawet nie był śnieg, tylko obmarzająca na śniegu mgła. Jak zwał, tak zwał. Jedno jest pewne - wyglądał niesamowicie. Cudownie się skrzył i aż chciało się go zjeść ;-> Jednak ze względu na biegające tą trasą konie z turystami odmówiłam sobie tej przyjemności.
To wyglądało nieco dziwnie. Nadal nie wiem, czy to 'zwykła' wycinka drzew, czy może sprzątanie po jakiejś wichurze w tejże okolicy.
A to wygląda nieco jak z "Opowiadań w Dolinie Muminków" Tove Jansson. Jeszcze tylko dostęp do morza gdzieś, za najbliższą górą i lasem i Dolina Muminków jak się patrzy ;)
Jedno z drzew, o których wspominałam już wcześniej. Te kamienie z tyłu, to już Tatry. Kto chciał, ten zmacał. Tatry zimą zaliczone ;)
No i coś tam niby runęło. Niby nic nie runęło. wydarzyło się sporo, choć w sumie niektóre z tych rzeczy mogłyby z powodzeniem się nie wydarzać. Cóż. Było, minęło.
Mnóstwo samolotów latało po Studzionkowym niebie w tym roku. Maciej mówi, że pewnie powroty z Egiptu. Pewnie ma racje.
Tak, wiem, mam fafluna na matrycy.
Pierwszy dzień. Nigdy później nie było w okolicy tyle szadzi i szronu...
Komin.
Strzelone z łazienki o godzinie 9 rano.
I ten sam motyw tyle, że o 5 po południu. Tego dnia było wyjątkowo bezchmurnie.
Rynna jaka jest, każdy widzi.
Designed by Free WordPress Themes. Powered by Blogger. Converted by LiteThemes.com.