No Comments »

Dzień z życia pewnego dźwiga.
(albo alternatywny tytuł - o kilku takich, co rozbierali Cukrownię.)
Dwa dni temu przed cukrownią w Zdunach pojawił się taki oto potężny dźwig. Wysoki na 60 metrów, głośny na 5 noworodków z kolką. Smutny i przerażający widok. Takiego czegoś jeszcze tu nie było.
Owszem, bywały setki ciągników z podwójnymi przyczepami ciągnącymi się po kres horyzontu...
Były góry, górzyska buraków cukrowych usypanych na placu, a widocznych już z ulicy Kolejowej, jak sie wracało ze szkoły do domu.
Był także przecudny zapach wysłodków. Jedyny w swoim rodzaju, unoszący się na każdej ulicy.
Kampania... kiedy to było?
A teraz? sprowadzają takie o, dźwigi i wyciągają ze środka wszystko, co kojarzy się ze świetnością tego miejsca. To już koniec. Smutne, bo dobitnie pokazuje, że nie ma już nic.
Ah, tak mnie dzisiaj na wspominki wzięło. Jeszcze tydzień do końca szkoły. Ech.
I widok całości. Na tyle, na ile pozwalał mi balkon i okropny wiatr. Chociaż nie, to zdjęcie nie jest mojego autorstwa. Prędzej siostry lub taty.
Zapakowane ciężarówki.
I moje wieczorne marznięcie na balkonie i trzymanie bez statywu 4 sekund ;>

No, to by było póki co na tyle. Po krótce i bardziej formalnie - do Cukrowni w Zdunach przywieziono wielki dźwig i wyciągano warniki i suszarki, a także silniki. Wszystko to był najwyższej klasy sprzęt, nowoczesny jak na takie warunki. Zabrany i wywieziony przez niemca do fabryki w Środzie Wielkopolskiej bodajże. Smutny widok.

ale za chwile coś na rozweselenie. Fotorelacja z Poznania z Agatką, Mundasem i Malwiną ;}

No Comments »

Krótka opowieść o życiu. O podróżach i zmienianiu na jedynke. Wystawianiu Łokci, wjeżdżaniu na kanał, przepływaniu rzek. O potworkach, o mechanikach, fotelach, tybach i wielkiej stopie.

1 Comment »

To ja, narcyz się nazywam.
Dosyć spontaniczna i dziwna w realizacji sesja kwiecista.
Motyw Włóczykija będzie się przewijał ilekroć będę miała pod ręką aparat, Włóczykija, makro i pół kilograma ciekawego motywu.
Zabawa światłem, dyfuzorkami, długimi czasami naświetlania, makrem, tłem, statywami i w ogóle niecodziennie.
4 sekundy naświetlania. Uczę się nieoddychać. Bo póki co, statyw w porządku, ale kapkę niestabilny i za lekki na takie czary mary. Więc trzeba nacisnąć spust migawki i postarać się przez 4 sekundy nie oddychać i nie ruszać się ani milimetra w prawo czy w lewo.
I kwiatek dla:
Agatki, bo wyraża szczere "aaaj" na widok pewnych zdjęć i ma szczypawiczną traumę z dzieciństwa i spotkam ją już za tydzień.
Sylwii, bo ją boli noga bo zrobiła sobie poważne aua, żeby tak ją chociaż trochę rozweseliło :)
Mundasa, bo ten co miał być jest niewiadomo gdzie i to tak niesympatycznie troche.
Michała, bo od 3 dni dzień w dzień raczy mnie coraz smakowitszymi porcjami zdjęć ;>
Ernesta, bo zrobiliśmy sobie małe dokształcanie z inglisz w autobusie ;)
wiecznych malkontentów, żeby poczuli, że wiosna już przyszła, a to, że deszcz pada, znaczy jedynie tyle, że aniołki płaczą. A po płaczu zawsze (w mniejszych lub większych odstępach czasu) przychodzi śmiech i radość.

I tak co-nieco na deszczowe popołudnie. Endżoj!

Uważajcie na kałuże.

Nie mówię tego, tak o. Bo nie mam nic do roboty. Owszem, mam i to dużo. Co? Pilnowanie wody, żeby nie uciekła w parze z parą. Albo obieranie kiwi. Albo zastanawianie się co jeszcze. Ale proszę was, uważajcie. Opowiem wam małą anegdotkę. Idę sobie ze szkoły. Chodnikiem. Jak zwykle zresztą. I padał deszcz. Nie, sory winetu, wtedy już nie padał, zanosił się na padanie, ale chwilowo się wstrzymywał. Padać nie padał, ale kałuże już porobił. Więc idę. Płyty chodnikowe układają się w dziwne mozaiki. Nie deptam na linie. Chcę pokochać kogoś sensownego, świnie mi się nie widzą. Idźże już wreszcie, mówię do siebie, zostawiając gdzieś z boku tą dziwną metafizykę. I wtem przejechał pan na rowerze, motorze, w samochodzie, autobusie, tramwaju, w trolejbusie i na hulajnodze. I rozpruł kałuże na milion kropel. I kilka z tych milionów kropel zadomowiło się gdzieś na mnie. Nie mówię wam tego, żebyście mieli jakiś uraz do kropel i do kałuż. Nie, bo te są naprawdę w porządku. Mówię to dlatego, że nawet jeżeli nie rozumiecie po kaszubsku, czy ten zielony sok z kiwi ścieracie zwykłą ścierką do naczyń, a nie wilgotną gąbką, to w końcu macie prawo wiedzieć. Powiecie może „wódz nie zdradził szczegółów”, powiecie może także, że to „zbrodnia” albo i nawet mord! O zgrozo, a tu zwykłe rozkropelkowanie. Uważajcie na facetów na hulajnogach. Uważajcie na tanie promocje. Na psy umaszczenia biszkoptowego. Na kudłate Hieronimy. Na zło czające się wszędzie. Na umiarkowany klimat, prognozy pogody na TVN pogoda. Na przypadki losu, zielono-czerwone światła na przejściach dla pieszych i deszcz. Na ten ostatni uważajcie najbardziej. Bo on robi kałuże.

Proszę ja was drogie dzieci,

uważajcie na kałuże.

1 Comment »

Ptaszek Ernesta.
Czekaliśmy sobie na przystanku na nasz autobus i Ernest zobaczył ptaszka, powiedział: "stój! on jest mój" i tak stał się ptaszkiem Ernesta. W ogóle z tym czekaniem na autobus to są zabawne historie:)
"bo ja chce zrobić ujęcie jak on będzie topił dziub!" jak powiedział, tak też zrobił.
A ja wolałam kółka na wodzie. Fetysz? niee.
I narcyzik. Jego historia jest dosyć smutna. Kiedy szłam z Mundasową do szkoły załatwiać interesy, to jacyś panowie przed szkołą wykopywali kwiatki i sadzili tam jakieś inne pierdy. No i ten narcyzik wylądował w koszu. A że był taki malutki i w ogóle nie upsuty, to aż zaniemówiłam z oburzenia i pytam gości "proszę panów, dlaczego ten kwiatek jest w koszu?! czy nikt go już nie potrzebuje?!" odpowiedzieli, że owszem, nikt. Więc bez chwili wahania przygarnęłam go do siebie. I teraz rozkwitł jeszcze śliczniej w buteleczce po brylantynie, która miała służyć jako rozpylacz do wody. zdjęcie baj mi.
Ernestowy strzał po raz wtóry. Tym razem w klimacie hardkorowego emo.
No i ponownie to samo.
I teraz moja interpretacja tematu ;) Emo świat z mojej perspektywy.
Wracamy.

Jak tak sobie myślę, to jeszcze robiłam zdjęć w autobusie. Szkoda. Bo ciekawe rzeczy można niekiedy tam znaleźć. Dwa tygodnie. Dużo i niedużo.

7 dni.

No Comments »

Zawody taneczne w Kaliszu.
Cała grupa + dwie opiekunki + cień samochodu + przenośni wieszak na koszule (Maciej ;))
Młode Kingi miały występ ;))
Zaszalały jak nie wiem.
Nóżka w prawo, nóżka w lewo...
Złap mnie jeśli potrafisz (lub alternatywny opis "gdzie jest Łoli")
Kiedy taniec już nie wystarcza ;))
Baranku Boży...
Jakaś grupa z Łodalanowa.
I nasze ulubione taneczne trio ;)
A tu kolejny drewniany kocurek
Czaił się na kwiatki.
Aż w końcu je dopadł. Podejrzewam, że to z powodu mojego pościgu. Jeśli Monika się zdecyduje podesłać mi zdjęcie, to wrzucę jak się goni po parku wiewiórki. Obława była na 102! jeszcze chwila, a biedaczka wskoczyłaby do wody :> Ze mnie też osiołek, bo parę dni wcześniej miałam proroczy-wiewiórczy sen. Jakby się spełnił byłoby niewesoło.
Dżony Bravo to przy Łolim wymięka ;>
Ach, no tak, na dowód tego, że sie przystawiam do każdego :// Ech, heje meje są złe.
A tak już bez sarkazmu i zbędnej ironii, to całkiem wesoło było.
I nasz ulubiony niewidomy czytający brailem gazetę pod Mc Donaldem ;)

Zastanawiacie się pewnie, co to i jak i w ogóle? W środę wybraliśmy się 7 osobową grupą (+ 1 foto + 2 opiekunki = 10 osobową jednak grupą) na zawody tańca nowoczesnego w Kaliszu. Dwoma samochodami po dobrej godzinie jazdy dotarliśmy na miejsce. Przed Kaliskim Centrum Kultury i Sztuki nie było już miejsca. Niezliczone ilości samochodów i średnio 5x więcej ludzi. W środku kakofonia dźwięków i kolorów. Wszystko zmieszane, pokręcone, wymęczone. Trudne warunki oświetleniowe. Pamiętam to miejsce sprzed dwóch lat, kiedy mieliśmy tam wernisaż kafli z muzeum i kaflarni w Zdunach. Niby byłam tu tylko raz, ale wiążą się z tym miejscem przesympatyczne wspomnienia. Aj, dwa razy ;} Pierwszy taki wyjazd i pierwszy taki Arek. Ach, zbaczam z tematu. Wspominałam już, że warunki oświetleniowe tragiczne? :> ano tak, teraz widze, że wspominałam. Mniejsza o to. Klimat imprezy jakiś taki hmm, dziwny. Niby wszystko fajnie ale chaotycznie i średnio sympatycznie. Za kulisami tamtejszego kina jest całkiem przyjemnie. Tylko schody wąziutkie i mieszczą aby półtora człowieka na stopień. Z ogłaszaniem wyników też kwadratowo, bo dopiero na drugi dzień. Po odtańczeniu układu przez zespół i spacerze tegoż samego zespołu na obiad (ponoć okropny makaron... a na miejscu mieli kotleta ; >) włóczyłam sie trochę po okolicy. Jak zwykle zresztą. Pamiętam te miejsca jeszcze z robienia prawka. Okropności. Później w kolejności chronologicznej usiedliśmy w parku, znaleźliśmy wiewiórkę, urządziłyśmy z Jaskółą pogoń za tąż wiewiórką i wróciłyśmy kręcić c-walka. Nie chciało nam się siedzieć na ławce bezczynnie więc ruszyliśmy na poszukiwanie "Sfinxa". Jako że każdy z nas znał się bezbłędnie na topografii miasta, nikt nie musiał pytać o drogę. Oczywiście do momentu kiedy się zgubiliśmy. Kogo tu zapytać? Jakaś starsza kobieta szła po drugiej strony chodnika "Przepraszam, którędy do "Świnksa"? zapytałam i kiedy się zorientowałam, co też się rzekło, było już zapóźno... No ale udało nam się dotrzeć na miejsce, chociaż z wejściem było trochę gorzej, bo Jaskółka pomyliła drzwi wejściowe z tymi wystawowymi, długa historia. I spacer przez Kalisz do McDonalda. Pod mostem ze strachem w oczach i rozmowami o tym, że Łoli ma dziurę w... co odkrył dopiero niedawno. Łoli odkrywca. Czisburgery na wynos. Gwiezdne wojny przed restauracją. Niewidomy czytający gazetę. Dwóch panów ze smietaną w spreju i wreszcie między samochodowy czat. Innymi słowy - czad.