1 Comment »

Brakujące ogniwo.
Na zdjęciu od lewej: Jacek, ja i Cristian. Tak, ten z Meksyku. Uzupełnienie notki z lutego link tutaj . Tzw. brakujące ogniwo. Od tego wszystko się zaczeło. Lotnisko w Poznaniu. I tu wszystko się skończyło.

No ale do rzeczy. Powyższe zdjęcie, to tylko taki "przerywnik-uzupełniacz". W ramach wiosny i wszystkiego co za tym idzie, kavenawe przeszło gruntowne przemeblowanie. Mnie się tam podoba bardziej, ma nadzieję, że Wam też. 
Teraz to już chyba jest 
kaveanwe vol.5 mental revolution
Mental, bo więcej mnie tutaj. Więcej i częściej. Poza zdjęciami przyszła mi ochota, żeby się wygadać. Nieee, nie będe was zadręczać jakimiś tam badziewiami. 
Drobny powrót do przeszłości. Prześladują mnie różowe słonie. Elefanty. I nie wiem, co z tym dalej począć. I jutro jest poniedziałek i pojadę do Krotoszyna na wolontariat i... i nie sądze, żeby mi przeszło.
 
Lao che mi nie wyszło, Coma nie wyjdzie. 
A poznańskiego Piotra i Pawła to, proszę ja was, mam dosyć na kolejny miesiąc. Półtora godzinne zakupy to nie jest to, co maiecka lubi najbardziej. Półtora godziny na 300m2? mniejsza. Zajęcia w sobote rekompensowały całe to czekanie. Albo ostatnie pół godziny zajęć. Choć, gdybym została trochę dłużej, to z pewnością byłoby to dobre półtory godziny prawdziwej uczty dla oczu i duszy. Niestety, dane mi było tylko pół i to jeszcze w niezbyt wyszukanych warunkach... ech ;) 
zobaczymy za miesiąc. 

Jest gut i dziura po zębie boli trochę mniej. 
pytanie na dziś - po co politykom 500 małpek? Nie mój cyrk, nie moje małpy.

1 Comment »

I'm Yours. In sunday...
I znów notka inspirowana muzyką. I całym dzisiejszym dniem, który ma kolor i zapach owoców cytrusowych, smak czekolady z najbardziej czekoladowych i uśmiech, z tych które roztapiają serce.
Jedyne zdjęcie w tej notce robione przeze mnie. Reszta jest dziełem mojej siostry. Zamieszczam, bo czuję silną potrzebę zilustrowania dzisiejszego dnia właśnie czymś takim, a jej się udało w to wszystko wpasować. Dlaczego nie ja? Jakoś tak wyszło, że wylądowałyśmy na działce z przydzieloną robotą. Ania się raczej nie przemęczała pracą, a ja spełniałam się w roli artysty-malarza. Pomalowałam wszystkie krawężniki, trochę kwiatków, spodnie, rękaw bluzy i wapno wyżarło mi pół kciuka.
Wiem, że ostrości nie ma, ale kolorystycznie mnie odpowiadają. To był naprawdę długi dzień. Przyjemny i intensywny, ale strasznie długi. Jutro studia. Miałam być w Poznaniu już dzisiaj, na koncercie Lao Che. Nie wypaliło, jakoś sama zdecydowałam, że jednak sobie odpuszczę. Będzie okazja i to nie jedna. Za to jutro sobie odbijemy :) a niedziela to już zupełnie będzie bajka!
Tak, to ja. Obcinam krzaki ;) zupełnie miłe zajęcie. Przeżywam nowe oświecenie muzyczne. Jason Mraz. Tak, ten od "wonderful life" teraz także od "lucky" i "I'm Yours". Tak mi jakoś klimatycznie pasuje do nastroju panującego od paru dni w moim życiu. Niby nic wielkiego, ale to już tydzień od kiedy humor i szczęście dopisują mi w wyjątkowo miły sposób.
Ale wróćmy chwilkę do dziś. Opowiem Wam historię. Przyjechało dziś do muzeum dwóch Szwajcarów. Urocza kobietka lat 72 i jej towarzysz, 76. Oboje w pełni energii i uśmiechu szukali swoich przodków i informacji o ich rodzinie. Z XVIIw. Pani miała cudowny akcent i bezbłędnie władała zarówno angielskim jak i niemieckim. Pan miał niesamowity głos. Cichy, spokojny, kojący. Wprost idealny do czytania bajek wnukom na dobranoc. Biła od nich taka radość i sympatia, że nie sposób było im odmówić pomocy. Przez dwie godziny chodziliśmy po mieście i opowiadaliśmy o dawnych dziejach, o których mimo wszystko wiedzieli więcej, niż my sami :} Dom 213 okazał się być tym, którego szukali. Po dokładniejsze informacje wyjechali do Krotoszyna, do geodezji. Przed 14 wrócili, żeby podziękować za pomoc i pochwalić się znaleziskiem.
"Before I'll die, I want to end story of my family"
A i czekoladki z prawdziwej fabryki czekolady, jak w filmie Burtona pyszne. Okazało się, że ci państwo mieszkają w mieście, gdzie znajduje się fabryka czekolady LINDTa. Coś niesamowitego ;]

without face.
Without name.
Without you.
without me.
with me out.
out.
Wiosna. Na zewnątrz i wewnątrz. Niedziela będzie przełomowa. O ilę się przełamię ;)
piosenka na dziś:
Dobranoc robaczki.

No Comments »

Się wybrałam jak diabeł na borówki...
Wielkanocne babeczki. Czasem bywa tak, że babeczek jest zamówionych zbyt dużo i sobie w piwnicy leżą i schną. Jak są już tak mocno uschnięte, albo dostają nóżek, to wynosimy je na dziedziniec i kładziemy na mur. I czekamy, coby się wróbelki zleciały i poczęstowały. Baardzo sympatyczna akcja. I chociaż kryzys jest i straty w pieniążkach są, to przynajmniej ptaszki się najedzą :}
Standardowo dziedziniec muzealny. Całkiem tu sympatycznie mimo wszystko. Ale już tam nie pracuje. Tzn, czuję się jakbym już tam nie pracowała. Co zrobić. Życie.
A takie coś mamy siedzieć w krzakach na dziedzińcu. Niegdyś był to patron szkoły w Zdunach, teraz, po różnorakich zawirowaniach w historii wylądował w muzeum, gdzie wpierw zgubił nos, a później swoje miejsce. Teraz już od prawie roku wygrzewa się z dala od ludzkich spojrzeń.
Czasami lubię takie abstrakcje. I minimalizm. Mury dziedzińca i wiosna w pełni. Fajnie:}
I dachówkowo. Czasami fajnie spojrzeć do góry. "w milionach gwiazd, ukryć cały strach, powierzyć się sile kosmicznej..." Ten cytat pamiętam jak dziś :} a kartka z nim wciąż wisi na mojej tablicy korkowej. Dzięki, Agatko.
Przedwiośnie. Wciąż muzeum.

Zdunowski Kolgejt. Cieszków i stawy cukrownicze.
Dworek w Cieszkowie. Sympatyczny.
Stawek w parku w Cieszkowie. Od tego zaczęła się nasza przygoda ze stawami tego dnia ;)
Chwilę później wylądowaliśmy pod Baszkowem. Spacer po stawach tuż przed godziną 8 w pełnej krasie rechotu żab i śpiewu ptaków jest ciekawym przeżyciem. Czasami trzeba takiego wyciszenia.
Widok gór ze stepów kozłowa. Jedyne, co mi się kojarzy na już z tym zdjęciem. Klimat naprawdę niezły. Mimo starań Marcina, mgły nie widziałam, ale bałam się przyznać (ej, no bo jak? wszyscy widzą mgłę, tylko ja nie? hee? nie nadążam za programem? na taką kompromitację nie mogłam pozwolić;})
I pełnia. Wypad bardzo sympatyczny. Zresztą jak każdy Kolgejtowy, Ania, czekamy, aż znów do nas dołączysz, bo będzie jeszcze kolorowiej :) a póki co krótkie streszczenie, bo w słowach zdjęć zawierać mi się już za bardzo nie chce :) a zanim wzięłabym się za rozpisywanie, to sporo czasu by upłynęło. No cóż, życie. Kolejne spotkanie za dwa tygodnie. tzn tydzień po świętach.
I tym też muszę się pochwalić za Natalionę. Z dziedzińcowych wojaży został mi jeszcze taki szot. Tak sobie siedzę i myślę (a myśleć już mi łatwiej, bo pozbawiona zęba bolesnego jestem i jeno galaretkę teraz hoduję), że to wszystko jest jakoś nie tak. Niby ok, bo w końcu wszystko układa się dobrze. W piątek weszłam na pudelka.pl zwabiona szumnym afiszem "Robert Pattison nago! (ZDJĘCIA!!!)" no to mówię, musze zobaczyć. Tego nie można przegapić. Wchodzę - Robert Pattison-owszem, zdjęcia, owszem dwa. Nagi? jeśli czarny kwadrat służy mu za nagość, to można uznać że tak. No ja się pytam, ładnie to tak w konia robić miliony nastolatek? i majecke? nosz w mordę, rozczarowałam się :> jak nigdy. No dobra, bez przesady.
i cytat tygodnia:
"-Jesteś dziś pociągająca...
-tak, mam katar."

No Comments »

Alleluja i do przodu!
Kuraki z muzeum.
Bólu zęba ciąg dalszy. Byle do wtorku.

1 Comment »

Przygotowania do Wielkanocy.
W tym roku, jak nigdy natchniona wystawą pani Marii Biela, postanowiłam samodzielnie wykonać pisanki. Zwykle jajka zdobiliśmy folijkami z kurczakami, ale chciałam wyrwać się z tych "standartów" i odpalić swoje pisanki. Szczerze powiedziawszy tradycja malowania jajek nigdy mnie jakoś nie porywała i nigdy specjalnie nie kultywowaliśmy jej w domu, toteż spore zdziwienie Starszyzny, kiedy z garnka porwałam trzy z pięciu jajek przeznaczonych na święconkę. Niżej proces powstawania jednej z nich.
Wpierw ugotowałam jajka :> no tak, od czegoś trzeba zacząć. Jajka trzeba koniecznie ostudzić. No, chyba że ktoś nie chce, to w takim razie życze powodzenia w malowaniu takich piekielnie gorących... ;)
Jajka pomalowane. Jako, że mam w środku coś z grafika, to kolorystyka niech będzie w standardach RGB (red, green, blue) dla niekumatych. Na CMYKa zabrakło mi jajek ;}
Nieoceniony w takiej pracy jest skalpel. I jojko pomalowane farbą akrylową. Przy takiej zabawie przydaje się trochę wyczucia, coby nie uszkodzić skorupki i całej pracy nie wysłać do Abu-Dhabi.
Warto wcześniej upatrzyć sobie jakiś motyw, który zechcemy przenieść na pisankę. Wtedy będzie zdecydowanie łatwiej. Wiem co mówię ;D ja wybrałam ornament kwiatowy. Uwielbiam takie florystyczne esy-floresy.
Ta-dąąąą! gotowa pisanka może spokojnie trafić do koszyka i wyruszyć do kościoła. Kolejne dwie w podobnych klimatach. Bez zdjęć, bo nie chce mi się biec do lodówki z aparatem:)