Archive for października 2009

3 Comments »

I'm thinking of you...
Niechorze.
zebrało mi się na wakacyjne wspominki z racji zimna za oknem
a że tego jeszcze tu nie było, więc niech jest.
Panowie, Panie Niechorze po raz enty.
To już któryś rok, jak tam odpoczywamy. Co prawda nie lubię morza i zdecydowanie bardziej kręcą mnie góry, no ale cóż. Takie wyjazdy niosą za sobą fajne wspomnienia, więc generalnie nie ma co narzekać. Koncert happysadu trzy lata temu, spotkanie z Agatką, wypominane mi do teraz historie z Kebabiarzem i wszystko inne... ile to już lat minęło?
Wróciłam z Poznania. Tym razem było jakoś inaczej. Rysunek fajnie, upierdzieliłam się węglem po same łokcie. W nocy nie mogłam spać. A później przyszły wiadomości. Aniu, gratuluję :))

Poznań był dziś mniej rozgadany niż ostatnio. Ogromna cisza i spokój pogrążyły dziś to miasto. I w dworcowym barze zabrakło hot-dogów za 3.20zł. I chociaż odpadała mi ręka od dźwigania ciężkiej torby to udało mi się dokarmić głodujące na jesień wróbelki i gołębie. Równo rok temu trwała niekończąca się parapetówa na Niecałej... To już rok?

No Comments »

Release me...
I ponownie zapozowała mi Liska.
Od tamtego czasu obrosła w piórka.
oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Chociaż jak znam życie to tego typu powiedzenia nie posiadają pozytywnym znaczeń... szkoda.
I tu zmartwiona powyższym faktem Liska znów w piórkach, tym razem pawich.
szampan się lał, aż się uszy trzęsły.
Oj no żartowałam. Nic się nie trzęsło. No może mi trochę ręce, ale Sylwi łóżko jest bardzo niestabilne emocjonalnie i chodzenie po nim i oczekiwanie, że będzie stabilnie to po prostu czysty egoizm.
I za Jasonem Mrazem powtarzamy "I'm waiting for my rocket to come."

Bo muzycznie dziś i poniedziałek i było fajnie ale się zepsuło. I trzeba było skrzyczeć kogoś niesłusznie i w ogóle komedia pomyłek. Muszę się zmobilizować ostro i w końcu przelać na papiur to co kłębi się w głowię, a kłębi się ostatnio zastraszająco dużo, aż sama się nie poznaję. Miniony tydzień upłynął szybko. Tak szybko, że aż nie pamiętam kiedy. Rozpoczynam kolczykowanie i chcę nowe kowadło, bo to które mam powoli zachodzi rdzą. Czeka mnie długa rozmowa z Elefantem o oksydowaniu. Ale ja sobie poradzę moi drodzy, ale ja sobie poradzę...

za zdjęcia dziękuję trzem osobom. (kolejność alfabetyczna...) Ani za fryzurowanie, Lisce za pozowanie i zaufanie i Sylwi za makijażowanie i zakwaterowanie i oświecanie nas lampką disko.
smacznego.

1 Comment »

Kiedy czuję pęd powietrza...
czyli zdjęcia z Kruczkiem i jego motorem.
i kask się dla mnie też znalazł :}
Później pojechaliśmy do lasu gdzie Marcin rzucał mi takimi minami, że się obalałam prawie na ziemie :>
w lesie.
wruuum!
kiss me baby!
a ku ku!

No, długo trwało zanim zmobilizowałam się do wrzucenia tutaj tych zdjęć :) Udało mi się namówić Kruczka na małą sesje foto i przy okazji spotkaliśmy się po raz pierwszy od zakończenia liceum. Szaleństwo :}
szczerze mówiąc, Marcin jest jedyną osobą (prócz Mundasowej ;) z którą utrzymuję kontakt po liceum. Reszta się rozeszła gdzieś po świecie. No cóż no. Ostatnio w rozmowie z Elefantem stwierdziłam, że byłam przywiązana do klasy, a kiedy miałam przypomnieć sobie imię jednej osoby, to oboje mieliśmy ogromny problem :> Wtopka. Cóż.
Miło, że wpadłeś :}

1 Comment »

Hej w góry, w góry...
Szklarska Poręba.
Góry przywitały nas kolorami jesieni i niesamowicie fotograficzną pogodą.
Z jednej strony świeciło słońce, z drugiej nadciągały ciemne chmury, które ukrywały przed nami szczyty gór i nasz cel.
Jeden rzut oka za siebie, powstrzymując paniczny strach (te wyciągi od zawsze mnie przerażały, ale miałam koło siebie Andzie, która się w ogóle nie bała, chociaż ma dopiero 1/2 lat co ja ;)
Wjeżdżając wyciągiem na Szrenice z minuty na minutę robiło się coraz zimniej.
I niekoniecznie chodzi o zimno zewnętrzne. Kiedy spojrzeć na spalone kwaśnymi deszczami połacie lasu w środku robi się tak jakoś chłodniej, smutniej. Nieprzejednane są siły natury.
Zupełnie inny świat. Cisza, pustka, zniszczenie. Świszczący wiatr i porażające zimno. Robi wrażenie.
i tylko gdzieniegdzie jakiś człowiek spiesznie zniknie za horyzontem...
ponury krajobraz.
i ponure wrażenia.
To się nazywa chodzić z głową w chmurach.
czas ucieka...
więc szybko dotarliśmy do schroniska na szczycie Szrenicy, posililiśmy się gorącą herbatą z cytryną (+ dwa cukry na sztuke ;D) Wszędzie niesamowite widoki i przyjemne ciepło rozchodzące się po całym ciele. Ach, chyba nie piłam lepszej herbaty!
Cała nasza paczka przed schroniskiem ;)
Ruszyliśmy w dół. Drogą ciężko toczył się STAR TurboElo 2.0 z sympatycznym panem od pilnowania drewna na górze.
Las powoli zaczął przybierać jesienne kolory. Coś pięknego.
Ewelina wpasowała się kolorystycznie w tło ;D tak, to ta od podtrzymywania mnie w równowadze, kiedy upadałam ;}
Zejście do wodospadu Kamieńczyka
Kolorystyka powalała.
:}
cali i zdrowi dotarliśmy pod sam wodospad.
W takich miejscach człowiek czuje się strasznie malutki. Tyci. Nieważny i nieistotny.
i teraz próba innego obiektywu ;] lasy pierwsza klasa. Takich u nas na wsi nie ma.
ale takie motywy można spotkać czasem.
Chociaż takich leśnych skrzatów często się nie spotyka ;) Czyżby to legendarny Duch Gór Rzepiór?
Po paru godzinach wędrówki dotarliśmy do miasta. Szklarska Poręba jest tylko trochę większa od Zdun, liczy sobie niecałe 7tys mieszkańców i jest w zupełnie innym świecie.
Bajkowe krajobrazy.
i klimatycznie ulokowane schroniska i domy. Ech, coś fajnego.
Drobne makro przy okazji pizzy. Pizzy giganta!
Oliwka zniecierpliwiona czekaniem przed Netto.
Ciasteczkowy Potfur :)) czyli Mikołaj i jego druga twarz.
Mariusz-wolontariusz i Ewelina :} głupawka pod Netto.
Swojskie klimaty ;D
Panoramka.
Kościół wśród gór i drzew. Fajnie, chociaż gdybym miała iść takie kilometry co niedziele to bym chyba zrezygnowała :>
Tuż po zachodzie słońca.
koniec.

Wyruszyliśmy z Krotoszyna krótko po 14 w piątek. Po godzinie dotarliśmy do Leszna, później do Wrocławia i do Jeleniej Góry spotykając po drodze mnóstwo spieszących się gdzieś ludzi. W miarę upływania drogi przedziały się wyludniały. Do Szklarskiej Poręby dotarliśmy po godzinie 21. Wjeżdżając pod górę do schroniska przez okna widzieliśmy zachmurzone niebo i księżyc, który próbował przebić się przez chmury. Kierowca pomógł nam wypakować bagaże i po chwili zniknął w mroku. W drzwiach schroniska przywitała nas przesympatyczna pani. Wkrótce potem wszyscy znaleźli swoje pokoje i przydzielili sobie łóżka. Noc minęła szybko i spokojnie. Rankiem obudził nas szum strumyka za oknem...
Słońce leniwie wschodziło nad górami rzucając przez okna pierwsze promienie. Ze wzrokiem wpatrzonym w przestrzeń trwaliśmy przy śniadaniu. Czas się zbierać, przemknęło nad głowami i 15 minut później czekaliśmy z plecakami przed schroniskiem. Okolica była przepiękna. Czyste powietrze dodawało sił do zmierzenia się z potęgą natury. Kręte ścieżki prowadziły nas wyżej i wyżej, a życie w mieście powoli zaczynało się budzić. Gdzieniegdzie ktoś otwierał swój kramik z pamiątkami, a my szliśmy dalej. Dotarliśmy do wyciągu, odczekaliśmy swoje z kolejce i ruszyliśmy do góry. Z każdą kolejną minutą robiło się coraz zimniej. Wjeżdżaliśmy na sam szczyt trzymając głowę w chmurach. Co jakiś czas oglądaliśmy sie za siebie i wtedy dawało się słyszeć zduszone okrzyki zachwytu. Za nami rozciągała się przepiękna panorama. Tego nie da się opisać! Na górze czekał na nas wiatr. Niesamowite miejsce przypominające pobojowisko i spokój, wielki spokój.  W schronisku na Szrenicy wypiliśmy gorącą herbatę z cytryną i nabraliśmy sił do dalszej podróży. Zaczęło sie przejaśniać. Chmury ustąpiły miejsca słońcu i naszym oczom ponownie ukazał się niesamowity widok. Schodziliśmy z góry jak szaleni ciesząc się z każdego kawałku krajobrazu pokazującego się na horyzoncie. Ta jesień, te kolory! oszałamiające.  Wkrótce później pojawił się strumyk gdzieś z lewej strony ścieżki, z biegiem czasu powiększał się i coraz żwawiej gnał w dół. Przed nami malował się wodospad Kamieńczyk. Przed wejściem dostaliśmy gustowne czerwone kaski i zeszliśmy na dół. Porażające! Krótka sesja zdjęciowa i wracamy do góry. Dalej już tylko droga do miasta. W mieście znaleźliśmy pizzerię, a w niej Pizze Giganta, która wywowłała we wszystkich ogromne emocje. Dobre humory ustępowały powoli miejsca małemu głodowi, który czaił się gdzieś w pobliżu. Po takiej dawce energii wybraliśmy się z powrotem do schroniska.
Kolacja. Noc. Śniadanie. Pakowanie się do wyjazdu. Pożegnanie gór i pani ze schroniska i półgodzinny spacer na dworzec. Wszystkim udzielił się smutek związany z wyjazdem z takiego miejsca. Jeszcze przez godzinę mieliśmy okazje patrzeć przez okna pociągu na góry, zamek Chojnik i okolice. W Jeleniej Górze mieliśmy 4 minuty aby znaleść pociąg do Wrocławia. Droga upłynęła nam śpiewająco. Na dobre i na złe, Gdzie strumyk płynie z wolna, Hej sokoły i inne chwytliwe hity. Ci bardziej zmęczeni przysnęli zaraz po wejściu do pociągu. We Wrocławiu zjedliśmy obiad, odczekaliśmy trochę do następnego pociągu i odjechalismy w siną dal. Śląsk żegnał nas deszczem...

Dziękuję!

Po weekendzie spędzonym w górach stwierdzam, że niezależnie od pory dnia, góry są piękne. Długo zastanawiałam się, co ludzie w nich widzą? Teraz, kiedy jestem już nieco starsza wiem. W miejscach takich jak te, zaczynamy dostrzegać potęgę i piękno natury, chowając w kieszeń człowieka, jego dumę i niestety niszczycielskie zapędy.